justKowalski w Maroku
Maroko

NAJCIEKAWSZE MIEJSCA MAROKA W 10 DNI

dnia
26 września 2019
Spędziłem intensywne 10 dni w Maroku w lecie 2019 r. Widziałem miasta pełne zgiełku, tajemniczą pustynię, arabskie zabytki, wzburzone morze i kolory bazarów. Byłem w garbarni, pływałem w oceanie i jeździłem na wielbłądzie. Czy to gotowy scenariusz na egzotyczną wyprawę na wyciągnięcie ręki? Poczytajcie o najciekawszych miejscach w Maroku.

Moja podróż zaczyna się od Marrakeszu. Obecnie można tam dotrzeć łatwo i tanio. Czasami nawet śmiesznie tanio jeżeli “upolujemy” dobrą promocję linii Wizzair, które latają bezpośrednio z Warszawy (Okęcie) na lotnisko RAK. Pamiętam moją wyprawę z 2011, gdy musiałem przesiadać się w Londynie i Mediolanie, a teraz 4 godziny lotu, często za grosze i jesteśmy w świecie pełnym egzotyki. Bilet kosztował mnie tylko 122 PLN w obie strony. Pamiętajmy, że tanie linie lubią doliczać różne opłaty więc ta niska cena obejmowała podróżującego i mały plecak. Obserwując innych podróżnych przekonałem się, że taki jest wybór wielu pasażerów. Do Maroka lecimy bez wiz, bez procedur i dodatkowych, administracyjnych kosztów.

Bazar w Marrakeszu

Bazar w Marrakeszu

Jeżeli naszym punktem startu i metą będzie Marrakesz, to w kilka dni w Maroku możemy zobaczyć bardzo dużo: miasta, morze, pustynię, oazy, arabskie suki i atlantyckie wybrzeże. Można również zaplanować mały trekking w górach Atlas. Pamiętajmy jednak, że w lecie jest bardzo upalnie, temperatura dochodzi do 40 stopni. Miłym i niespodziewanym zaskoczeniem jest pogoda na wybrzeżu, jest tam dużo przyjemniej, a wieczorami nawet trzeba będzie narzucić lekki sweter.

Maroko to nie tylko “materialne” atrakcje. To duża radość dla podniebienia. Więc, co jeść w Maroku? W większości jadłodajni znajdziemy 3 pozycje: szaszłyki, kanapki (zwane tutaj “sandwich”) i tadżin. Podopcje to różne składniki: wołowina, jagnięcina lub kurczak, ewentualnie vege. Szaszłyk to szaszłyk, sandwich to bardziej “nasz” kebab, a tadżin (lub tajin) to prawdziwa specjalność Maroka. Nie można nie spróbować tej potrawy składającej się z mięsa i warzyw, zapiekanej w specjalnym glinianym naczyniu z glinianą pokrywką (naczynie też nazywamy tadżin). Całość jest bardzo smakowita!

Dzień 1

Wszyscy, którzy przybędą do Marrakeszu prędzej czy później trafią na Plac Jamma’a el-Fna (niestety, nie ma obowiązującej transkrypcji arabskich nazw – dane miejsce w alfabecie łacińskim może być w różny sposób napisane). Plac znajduje się w samym centrum miasta i jest to przestrzeń wyjątkowa. Ceniona nie tylko za architekturę co za atmosferę. Dziś jest tam dużo komercji, ale wciąż jesteśmy zaskakiwani bo, raz po raz natkniemy się na tresowane małpki, węże, pokazy akrobatów czy opowiadaczy bajek. Trzeba tam zajrzeć, szczególnie wieczorem!

Ogród Jardin Majorelle

Ogród Jardin Majorelle

Innym obowiązkowym punktem wizyty w Marrakeszu jest ogród Jardin Majorelle. Intensywne kolory budynków i małej architektury odcinają się od ściany zieleni. Ogród jest dobrze utrzymany, z piękną egzotyczną roślinnością mimo, że niewielki. Zawdzięcza swą sławę właścicielowi, charyzmatycznemu projektantowi mody Yves Saint Laurent. Wejście kosztuje 7€, a 18€ łącznie z dwoma muzeami (berberyjskie & YSL). Dzieci poniżej 12 lat nic nie płacą.

Dzień 2

Jeśli nie zobaczysz choć raz garbarni będąc w Maroku, to nie zrozumiesz tego kraju. Garbarnie zajmują spore przestrzenie na obrzeżach starych miast. Dlaczego na uboczu? Odpowiedź jest dość prosta: w całej okolicy unosi się fetor trudny do wytrzymania. Odwiedzającym daje się gałązki świeżej mięty, ale tak naprawdę to nie daje zbyt wiele. Skóry wielbłądów są wyprawianie w jednej części, a owiec i kóz w innej. Ludzie, zanurzeni po pas w betonowych kadziach, namaczają skóry w gołębich odchodach i moczu krów. W wielu sklepach nieopodal można kupić gotowe produkty wykonane ze skóry.Wejście teoretycznie za darmo, ale przygotuj się na konieczność dawania napiwków.

Będąc na starym mieście, w medinie, można do garbarni dojść pieszo. Można jechać taksówką, ale ja korzystałem z pożyczonego auta na czas podróży po Maroko (Fiat Panda od brokera Rentalcars kosztował 70 złotych za dzień). Najlepiej zaparkować po zewnętrznej stronie murów, koło bramy Bab Debbagh.

Gdy nieco ochłoniemy po intensywnym dniu spędzonym w mieście warto przygotować swoje podniebienie na to, co może zaoferować kuchnia marokańska. W Marakeszu można jeść i tanio, i drogo. ”Streetfoodową” pizzę kupisz za 2€, ale w Jardin Majorelle za 2 kawy, lemoniadę i “brownie” zapłacisz 18€. Przelicza się łatwo bo 10 dirhamów to 1€.

Na liście miejsc do zobaczenia w mieście powinny znaleść się jeszcze grobowce Saadytów, pałac El-Bahia i gwarne “suki” zajmujące labirynty ulic.

Dzień 3

Po nocy spędzonej w tradycyjnym “riadzie”, na obrzeżach starego centrum, można opuścić miasto i ruszyć  w interior. Ale co to jest “riad”? To tradycyjny marokański dom, niepozorny z zewnątrz, bo często bez okien ale z bogato zdobionym patio wewnątrz, często nawet z małą fontanną. Ma kilka kondygnacji i użytkowy taras pod gołym niebem, gdzie można też się zdrzemnąć.

Tradycyjny, marokański Riad

Tradycyjny, marokański Riad

Wyjeżdżam na południe, w kierunku Sahary. Mam przed sobą ok. 200 km, pokonanie których zajmie mi ok. 4 godziny. Większość podróżnych jadąc z Marrakeszu do Warzazat wybiera drogę N9. Ale taka jazda “po bożemu” nie jest dla mnie. Wybrałem, “gorszą, ale za to dłuższą” drogę #1506, która odbija od głównej po ok. 100km w miejscowości Aguelmouss, prowadzi wąwozami Gór Atlas, mija ruiny pięknej, lecz nieznanej kazby w Telouet i kultowe Ait Benhaddou. W tym drugim miejscu kręcono najbardziej znane filmy o życiu Jezusa i pełnym przygód, choć zwykle krótkim życiu gladiatorów. Nocleg wypada w Warzazat. Miasto nie ma oszałamiających zabytków ani historii, ale warto zwrócić uwagę na dwie atrakcje. Po pierwsze, malownicza “kazba” Taourirt, a po drugie studia filmowe. Największe mijać będziemy przy głównej ulicy wprowadzającej ruch z północy. To czego nie nakręcono w Ait Benhaddou dokręcano w zbudowanych scenografiach Warzazatu.

Malownicza kazba Taourirt

Malownicza kazba Taourirt

Dzień 4

Ten dzień oznacza pokonanie kolejnych 16o km w kierunku Sahary. Większość drogi pokonuje się Doliną Draa, świat wokół nas zmienia charakter i staje się coraz bardziej tajemniczy. Gaje palmowe, sprzedawcy daktyli i obrazy, które kojarzymy z czarną Afryką. Docieram do Zagory, gdzie warto wynająć lokalnego przewodnika. Inaczej nie odkryjesz ukrytych w zaułkach warsztatów rzemieślników produkujących srebrną biżuterię, ceramikę, czy tworzących masywne meble, w tym potężne, zdobione drzwi. Sympatyczny Abdul pokazał mi pozostałości opuszczonych synagog, ruiny wiekowych karawansaraji i to, jak wygląda życie w oazie.

Sklep w Zagorze

Sklep w Zagorze

Odcinek z Warzazat do Zagory jest jeszcze pod jednym względem wyjątkowy. To na tej trasie znalazłem  jedyny sklep z…..alkoholem. Zwykle wyłącznie w najlepszych (czytaj: najdroższych) restauracjach i barach go serwują. Znalezienie sklepu, gdzie można kupić piwo graniczy w cudem, ale właśnie w Agdz (na rondzie, za dwoma stacjami benzynowymi, po prawej) taki się znajduje. Wybór alkoholi cieszy oko. Do tego można płacić kartą, ale tanio nie jest. Piwo 3EUR.

Dzień 5 i 6

Wieczór poprzedniego dnia spędziłem na wyszukiwaniu i kontaktowaniu się z potencjalnymi organizatorami wyprawy na Saharę. Bez wątpienia, doświadczanie pustyni jest jednym z najbardziej magicznych zjawisk, jakie może zaoferować nam Maroko. By znaleść się w morzu piasku, i zobaczyć wielkie wydmy trzeba przejechać “kawałek”; albo do Erfoud (500 km z Marrakeszu), albo do Zagory (350 km). Tam rozpoczynają się wyprawy. Jako, że w 2011 miałem okazję nocować na Saharze przy wydmach Erg Chebbi na południe od Erfudu tym razem trzeba było spróbować czegoś innego i wybór padł na wydmy Erg Chigaga, do których dojeżdża się jadąc na południe z Zagory, mijając ostatnią osadę M’Hamid. Całą drogę pokonujemy samochodami terenowymi pod opieką kierowcy-przewodnika. Pustynia kojarzy nam się z niemiłosiernymi upałami, ale tym razem było wietrznie i….popadywał deszcz. Wzbijane ziarenka piasku dawały namiastkę burzy piaskowej.

 

Obozowisko przygotowane dla turystów na pustyni jest wręcz luksusowe. Mało czego nam będzie brakować. Są zelektryfikowane namiotowe domki z normalnymi łóżkami i pościelą. Jest oddzielny namiot zaadaptowany na toaletę, z sedesem i umywalką. Jedyne czego brakuje to prysznic. Największy namiot to “centrum kulturalne” i tam też je się posiłki. Na kolację podano szaszłyki i owoce, a na śniadanie dżemy, jogurty, soki, pieczywo, kawę oraz, nieprawdopodobnie słodką, marokańską herbatę.

Nie zawiodłem się i zarówno nocleg w namiotach, pod gwiazdami, jak i przejażdżka na wielbłądach i wielkie wydmy znowu wywarły mocne wrażenie. Do tego doszła kolacja z Berberami i ich wieczorne muzykowanie. Cena wyprawy z noclegiem? – od 40 do 100EUR za osobę, zależy jak dobrym jesteś negocjatorem i w jakim terminie będziesz w Maroku.

Gdy koło południa wróciłem do Zagory, trzeba było zjeść szybki lunch, przesiąść się do własnego auta i wracać na północ by nocować w Taliouine, u południowego przedgórza Atlasu.

Dzień 7

W górach Atlas

W górach Atlas

Poranek w Taliouine, marokańskiej stolicy upraw szafranu, był rześki ale temperatura bardzo szybko rosła. Trzeba było zrezygnować z planów dotyczących trekkingu, co zresztą odradzali miejscowi. Zamiast pieszej wyprawy zdecydowałem się na zrobienie pętli samochodowej. Lubię schodzić z utartych ścieżek i tym razem też mi się to opłacało. 2 godzinny przejazd górską pętlą Taliouine –  Askaoun – Aoulouz to piękne górskie widoki, nieużytki porośnięte kępami kaktusów i wioski przyklejone do zboczy gór. Mimo, że większość potoków jest wyschnięta w sierpniu, to w sztucznym zalewie k.Aoulouz było wystarczająco dużo wody by  zasilać rwący, górski strumień. Płynąca rzeczka stawała się pralnią dla mieszkańców pobliskiej wioski. Miejscowe kobiety uśmiechały się do obiektywu.

Potok stał się wioskową pralnią

Potok stał się lokalną pralnią

Popołudnie to szybki transfer do Agadiru. Po drodze wypadł krótki, lunchowy postój w Taroudannt, nazywanym “małym Marrakeszem”, z powodu potężnych murów otaczających stare miasto.

Dzień 8

Od początku planowałem Agadir “odpuścić”. To portowe miasto jest w dużej części pozbawione egzotycznego uroku. Nocleg tam był też czysto “techniczny”, bez specjalnych oczekiwań. Wybrałem, zawsze bezpieczny, hotel  sieci Ibis Budget, których w Maroku jest 18. To taki noclegowy McDonalds: wiesz za co płacisz, jest czysto i funkcjonalnie.

Paradise Valley

Paradise Valley

Tylko godzinę drogi na północ od Agadiru jest Paradise Valley. Skąd ta dziwna, nieco pretensjonalna, nazwa? Nie została wymyślona niedawno, by zwabić turystów znudzonych plażowaniem w atlantyckich kurortach. Paradise Valley została odkryta w latach 60tych przez grupę europejskich hippisów, którzy ukochali dolinę z wodospadami, palmami i skalnymi basenami z orzeźwiająco chłodną wodą wśród rozpalonych słońcem, niedostępnych gór. Choć w lecie traci nieco na uroku – jest zbyt mało wody by “uaktywnić” wodospady – to skalne jeziorka wciąż cieszą. Idąc spieczoną słońcem górską ścieżką w kierunku doliny i oazy wspomniałem piękną legendę o parze schorowanych niemieckich hippisów, którzy po spędzeniu tam 6 miesięcy całkiem odzyskali zdrowie.

Nadmorskie Imessouane

Nadmorskie Imessouane

Moim miejscem przeznaczenia była nadmorska Essaouira. Po drodze, za namową znajomych, zdecydowałem się nieco zboczyć z głównej trasy i zjeść obiad w Imessouane, które jest mekką marokańskich surferów. Leży, mniej więcej, w połowie drogi między Agadirem a Essaouirą. Panuje tam bardzo luźna atmosfera, skąpe stroje i bezpretensjonalność. Na miejscu kilka fajnych knajpek. Pożyczenie deski‍ to 10EUR za dzień, pianka 5EUR, a 2 godzinny kurs ze sprzętem, to koszt od 25EUR wzwyż.

Dzień 9

Essaouira mnie mocno zaskoczyła. Spodziewałem się mocno przetworzonego, podpudrowanego nadmorskiego miasteczka, które straciło swoją autentyczność, by przypodobać się turystom. Spodziewałem się, że będzie piękne, lecz “puste”. A nie jest ani takie, ani takie. Szokuje port, do którego zawijają łodzie z codziennym połowem. Obstukane stoiska i wózki z owocami morza. Wielkie noże, w ogorzałych rękach rybaków, oprawiają ryby. O ich trzewia walkę toczą koty z mewami. Te niezjedzone gniją pod nogami….. Spektakl, który na długo utkwi w pamięci.

Na targu rybnym w Essaouirze

Na targu rybnym w Essaouirze

Trafić na dobre ryby w marokańskim interiorze nie jest łatwo. Tym bardziej grzechem byłoby nie spóbować tych świeżo wyłowionych z Atlantyku. Główny plac miasta, graniczący z portem, skupia kilka rybnych restauracyjek. Wybór duży, ceny do negocjacji, grillowanie na miejscu. Raj dla podniebienia!

Dzień 10

Kusi by pozostać nad Atlantykim kilka dni, ale jeżeli musicie już wracać do Polski, to lotnisko w Marrakeszu jest niecałe 3 godziny jazdy z wybrzeża (180 km). Droga jest prosta i płaska i zachęca do szybszej jazdy. Uważajcie jednak na lotne patrole policji. Ja niestety musiałem zapłacić, gdy złapano mnie “szuszarką” z ukrycia.

Moje marokańskie wrażenia? Najważniejsze jest to czego w Polsce, ani w Europie nie zobaczymy: tajemnicze, gliniane, ufortyfikowane wioski, czyli “kazby”. Plac Jamma’a el-Fna w Marrakeszu, wpisany na listę niematerialnego dziedzictwa ludzkości UNESCO. Oczywiście Sahara, z obowiązkowym noclegiem, wpatrywaniem się w gwiazdy i wschodem słońca. Do tego jedzenie. Urzekła mnie harira, czyli zupa z soczewicy, rozlewana z wielkich garów wyłącznie wieczorami. Jest sycąca, bardzo tania (ok.2PLN za porcję), a zagryzana plackiem z miodem smakuje wybornie. Świetne były sardynki i krewetki z grilla. Zwycięzcą jednak został tajin z……gołębia. Był w menu restauracji w Taroudannt. Gołąb, choć chudy, nie zawiódł. Smakował trochę jak kaczka.

Tadżin to typowa marokańska potrawa

Tadżin to typowa marokańska potrawa

Warto spędzić kilka intensywnych dni w Maroku i doświadczyć egzotyki, która jest przyjazna i na wyciągnięcie ręki. Marrakesz – tylko 4 godziny lotu z Polski – jest świetnym miejscem, z którego taką wyprawę można rozpocząć i tam ją zakończyć. Afryka zaprasza!

P.S. Jeśli chcecie jeszcze trochę poczytać o Maroku i obejrzeć więcej zdjęć to zapraszam do mojego tekstu opisującego pobyt wiosną 2011 roku – tekst jest tutaj.

TAGS
Krzysztof Kowalski
Warszawa, Polska

Kocham podróżować. Odwiedziłem jakieś 100 ciekawych regionów w ponad 60 krajach, na 6 kontynentach. Jeżeli też kochasz podróże, nie lubisz niepotrzebnie wydawać pieniędzy ale mieć możliwość umyć się chociaż raz dziennie, zawsze mieć dobre value for money i chcieć zobaczyć więcej i poczuć intensywniej to ten blog jest właśnie dla Ciebie! Kontakt: kowalski@justKowalski.pl